środa, 18 lipca 2018

Trzy dni.

Krzyczałam, że chcę umrzeć, że wyrwę sobie wszystkie włosy z niemocy, że rzucę się pod samochód. Płakałam, trzęsłam się i dusiłam z braku powietrza. Kątem oka szukałam ostrych przedmiotów w pobliżu, rzucałam drobiazgami, które nawinęły mi się pod rękę, nerwowo ściskałam kołdrę, prawie rozrywając poszewkę.
Trzy dni bez leków. 
Tylko trzy.
Przeraża mnie to, jak duży wpływ na moje zdrowie ma chemia. Jak stabilna dzięki niej jestem, mimo tego, że czasem jest mi bardzo źle nawet wtedy, gdy ją zażywam regularnie.
Miałam trzy dni do wizyty lekarskiej, która niespodziewanie przesunęła się w czasie.
Pierwszego wszystko było w sumie okej do południa. Wstałam nawet nie za późno, zjadłam płatki na śniadanie i spędziłam miły dzień u koleżanki. Pod wieczór dostałam zawrotów głowy, które usilnie starałam się zignorować.
Dnia drugiego zerwałam się z łóżka o 14:00, zupełnie ignorując wcześniejsze dzwonienie budzika. Byłam podminowana i zmęczona. Nie zjadłam nic prócz kromki chleba, by uciszyć żołądek. Wyszłam z domu dosłownie na chwilę, sprawdzić czy nie zapomniałam wyjąć poczty. Wracając, w krótkim napadzie derealizacji, nagle znalazłam się na czwartym piętrze zamiast na trzecim. Nie do końca orientuję się, kiedy ponownie znalazłam się w łóżku i już po chwili była 21:00.
Wystarczyła jedna kąśliwa uwaga taty bym zupełnie straciła kontrolę. Kąciki ust bolały mnie od płaczu i bezwiednego wycia w pościel. Nic nie miało znaczenia, Nikt.
Dzień trzeci - poniedziałek. Opuchnięta i obolała po całej nocy przyszłam do pracy. Oczy miałam małe, krecie i czerwone. Jesteś chora? Nie, źle spałam.
Czas zdawał się w ogóle nie płynąć, po trzech godzinach miałam wrażenie, że minęło z siedem. Czułam się winna przez to jak zachowywałam się zeszłej nocy. Nie umiałam podnieść głowy by spojrzeć światu w oczy.
A on ma mi tyle do zaoferowania! Piękne miejsca, jeszcze nie uwiecznione na filmie, wspaniałe i inspirujące osoby do poznania, mnóstwo muzyki, którą muszę odkryć.
Nie chcę umierać. Szkoda, że procesor w mojej głowie jeszcze tego nie wie.
A tymczasem - nadal jestem królową dramy na swoim własnym przyjęciu.

środa, 4 lipca 2018

Zapomniałam.

W sumie nie myślę już o Tobie. Zwykłeś chodzić za mną krok w krok, być zawsze za moimi plecami, rzucając komentarzem czy zawadiacką zaczepką. Prawdziwy teamwork. Bez zbędnych słów, bez nadużytych słodkości. Porozumienie spojrzeń, jedność oddechów. Zgoda umysłów.
Człowiek z czasem przyzwyczaja się do tej symbiozy, traktuje ją niemalże jak wodę czy powietrze. Cały czas pamiętam jak zamknąłeś drzwi po raz ostatni - rzucając krótkie „do zobaczenia”.
Ale rozumiem - matka Cię nie uczyła żeby nie kłamać.
Wymieniłam Twoje słowa na zbyt dużą ilość swoich własnych, nie trzymających się sensu czy tematu. Nałogowo mówię byleby nie słyszeć ciszy, gwiżdżącej w szparach moich okien.
Trzy dni temu wróciłam do domu podekscytowana, po pierwszym dniu w nowej pracy. Chciałam opowiedzieć Ci jak sobie poradziłam, byłam bardzo dumna. Ale wpadając do pokoju, zderzyłam się z rzeczywistością - przecież już mnie zostawiłeś. A ja to znowu przegapiłam. Zapomniałam, że Cię nie ma. Następnym razem mi nie przypominaj.

sobota, 30 czerwca 2018

Ten, w którym odeszłam.

Zakończyłam swoją przygodę z pierwszą w życiu korporacją. Zakończyłam z własnej woli, nie zwolniona, nie wyrzucona za drzwi z powodu wymyślonych naprędce argumentów, nie trzymających się kupy. Wyszłam z budynku wyprzytulana, pełna słów otuchy i dobrych życzeń. Wyszłam, poznawszy cudownych ludzi, którzy odmienili moje życie, gdy dawno uznałam już, że nic mnie nie zaskoczy.
Dziewięć miesięcy temu przerażona stanęłam w progu jednej z największych, światowych korporacji, mając zacząć pracę, o której nie miałam pojęcia. Uczyłam się długo i najpilniej jak pozwalały mi moje umiejętności nauki - umówmy się, nie byłam nigdy najlepszą uczennicą, zwłaszcza w dorosłym życiu.
Ale podkreślałam to od początku - to była moja najlepsza praca. Pierwsza, w której nie musiałam płakać z bezsilności. Pierwsza, do której wstawałam rano bez problemu - biorąc oczywiście poprawkę na okres stanów depresyjnych, bo one nie pytają, czy masz czas i chęć na randkę. A szkoda.

Decyzja nie była prosta. Ale czekam z wytęsknieniem na znak od losu, że była właściwa. Pożegnalną kartkę czytam raz za razem, co kilka godzin. Nie mogłam sobie wymarzyć milszego pożegnania. A bransoletka, którą dostałam nie zniknie z mojego nadgarstka dopóki nie rozpadnie się ze starości.
Ostatnie miesiące rozwinęły we mnie umiejętności i potrzeby, których nigdy wcześniej nie dostrzegałam. Bardzo zmieniłam się jako osoba - nie dam sobą pomiatać. Znam swoją wartość. Ciężko pracuję a to sprawia, że z każdym dniem coraz mniej mogę sobie zarzucić.
Mam za sobą mnóstwo „pierwszych razów”, których przeciętna, młoda osoba doświadczyła już dawno, a które mnie umknęły pomiędzy zmianami 9:00 - 21:00 a gabinetem psychiatry.
Szalałam na festiwalach i koncertach. Wyjechałam więcej razy niż w ciągu ostatnich kilku lat. Zaczęłam spełniać marzenia, bo niedługo stuknie mi trzydziestka a nie będę miała wspomnień - na to się nie godzę.
Nic co napisałam nie poprawia niestety tego jak czuję się fizycznie - ale zamiast zmiatać mnie z powierzchni ziemi, depresja jest teraz jak uciążliwa mucha na moim ciastku. Syfi mi na krem i truskawki, ale to jest nadal moje ciastko.

"And it's hard to write about being happy
'Cause the older I get
I find that happiness is an extremely uneventful subject."

środa, 6 czerwca 2018

Niezręcznie.

Jesteś dla mnie ważny.
Zależy mi na tobie.
Tęsknię.
Gdybym żyła według swoich własnych rad, prawdopodobnie byłabym jedną z najbardziej poukładanych i szczęśliwych osób jakie znam. Kto z nas nie ma tego wrażenia, co? Kiedy wszystko obserwuje się z daleka, każdy jeden fakt przyjmuje się na chłodno. Nie ma trudnych decyzji. Nie ma ciężkich wyborów.
Problemy zaczynają się w momencie gdy zostajemy wrzuceni w sam środek tej wesołej karuzeli.
Nie potrafię w ludzi - zarzucę młodzieżowym slangiem. To sprawia, że jestem wyjątkowo uciążliwa w obyciu. Nigdy nie wiem jak zareagować. Mam wrażenie, że nie potrafię zachować się w pewnych sytuacjach. Nie mówię o problemach, cierpię w samotności. Czasem też wypalę ze zbyt osobistym wyznaniem lub dajmy na to - z dowcipem na pogrzebie.
Kiedy jest mi źle - a bywa mi źle dość często - chowam się przed światem. Chowam się na dnie szuflady, pomiędzy kartkami, których nigdy nie zapiszę, a które szkoda wyrzucić. Gdy wstaję rano mam ochotę utopić się w kubku własnej kawy, zawsze odrobinę za słodkiej. Nie czytam już gazet, sprawiają, że duszę się z braku powietrza, w gardle zaciska mi się pętla niepokoju i strachu przed otoczeniem i sytuacją w kraju.
Czytuję tylko plotki. Coś, z czego mogę się pośmiać, co nie obciąży moich myśli. Jednak nie nazwałabym się ignorantką. Wiem co dzieje się na świecie, jednak nie potrafię dłużej znieść szamba wylewającego się z ekranu.
No może włączam Iron Mana, zawsze gdy leci.
Pojawił się w moim życiu pewien mężczyzna - po raz pierwszy od milionów lat. Byłam chętna do rozmowy, snułam przed snem wizję tego, że mogłabym stworzyć z nim jakąś zdrową relację.
A potem zaproponował spotkanie.
Widzieliśmy się kilka razy, a ja bardzo szybko zaczęłam go unikać. Był wyrozumiały, miły, kulturalny.
A ja zaczęłam pragnąć by zgubił mój numer. Jeszcze dwadzieścia lat temu to byłoby nawet możliwe - w erze smartfonów już znacznie mniej.
Nie wiem czy bardziej się wstydzę czy boję. Może oba?
A może moje serce po prostu jest zajęte?
Gdzie mogę znaleźć odpowiedzi na te pytania - to nurtuje mnie najbardziej. Bo powinnam wiedzieć to ja sama.
A wiecie gdzie ja jestem? Ja zostałam tam na początku, w dokładnie tej samej kawie, która już ostygła do tej pory.
Jeśli to czytasz - zależy mi na Tobie. Tak, Tobie.
I naprawdę obchodzi mnie co u Ciebie. Ja po prostu jestem bardzo niezręczna w tych sytuacjach.
Tak, to do Ciebie, czytelniku. Bo prawdopodobieństwo, że jeśli to czytasz to jesteś moim przyjacielem jest zbyt wysokie by ta wiadomość przeszła bez zauważenia.
Mic drop.

poniedziałek, 28 maja 2018

Droga Warszawo...

Mam problem z Warszawą. Z jednej strony żenuje mnie fala drogiego („taniego” nie odwzorowuje rzeczywistości) hipsterstwa i karierowiczów wszelakiego rodzaju. Z drugiej strony - to naprawdę piękne miasto, o bogatej historii, w którym wręcz nie można się nudzić! 
Na samym wstępie chcę powiedzieć, że wyżej wymienione grupy społeczne występują w każdym mieście, po prostu do poziomu tego zjawiska w Trójmieście już przywykłam przez te 28 lat, dlatego uderza mnie to, gdzie jest obecne w większym stopniu. 
Miasto słoików”, „hipsteriada” -
Tak mówią o niej w Gdańsku. I pewnie w całym kraju. 
Chciałabym jednak zagłębić się w to zjawisko nieco bardziej, bo kolejny raz wyjeżdżam z Warszawy, kolejny raz bawiłam się świetnie ale nadal nie umiem powiedzieć wprost czy lubię to miasto czy nie.
Zdałam sobie sprawę, że zarabiam na siebie już od ośmiu lat. Za każdego, przysłowiowego Ajfona zapłaciłam krwawicą wypracowanych po 8-12 godzin w gównianych sklepach, z jeszcze bardziej gównianymi ludźmi. 
Dziś, kiedy pracuję jak poważny człowiek, w poważnym miejscu mogę powiedzieć, że gdybym chciała to mogłabym mieć to, co młodzi mieszczanie Warszawiacy (no może z wyjątkiem mieszkania). 
Czy to czyni mnie taką jak Oni? Czy może to są już zwyczajne normy, do których nie mogę przywyknąć?
Lubię spędzić wieczór w Koszykach. Lubię spacerować i włóczyć się po uliczkach, podziwiać z aparatem w ręku stare, zabytkowe kamienice, które widziały II Wojnę Światową. Lubię patrzeć na nadwiślańskie mosty a także kocham serniki w Ministerstwie Kawy. 
Słodko - gorzka Warszawo.
W czerwcu będę tu jeszcze dwukrotnie - proszę, udziel mi odpowiedzi.

czwartek, 24 maja 2018

Być singlem i nie zwariować?

Umówmy się - bycie singlem w dzisiejszym świecie jest znacznie prostsze niż za czasów naszych rodziców czy dziadków. Wiszące nad nami piętno czarnej owcy jest teraz zdecydowanie dalej zaledwie jeszcze kilka lat temu. Nie unikniemy jednak zawodzenia babć i cioć, podczas świątecznego obiadu. Na to nie ma lekarstwa i po prostu trzeba ten fakt zaakceptować.
Jestem samotna od... miliona lat. I każdego dnia uderzają mnie zwykłe, codzienne czynności czy ludzkie interakcje. Mieszają mi się w głowie dwa punkty widzenia - ten, gdy obserwuję kogoś samotnego i wtedy, gdy sama mogę być obserwowana.
Kiedy widzę kogoś jedzącego w restauracji w pojedynkę, zwłaszcza osobę starszą - kraja mi się serce. Rzadko kiedy zauważam, że ja również siedzę przy stole nakrytym tylko z jednej strony.
Czuję wtedy niepohamowany wstyd i przytłoczenie.  Nie powinnam, prawda? Chociaż to banalna rzecz, czasem jednak mnie to uderza. Pytania pokroju "czeka pani na kogoś?" brzmią wtedy jak obelga i zła jestem na siebie, że nie jestem wystarczająco dobra / zdolna / ładna / miła by ktoś przy mnie był, gdy sos pomidorowy spadnie mi na białą bluzkę, albo gdy płaczę w kinie. Ze wszystkich rzeczy to samotne seanse w kinie są najgorsze, gdy na siedzeniu obok stawiam plecak i colę. Dlatego, że kina pełne są grupek znajomych, pojedyncza osoba wyróżnia się wtedy szczególnie na ich tle. Sama to zauważam i nie uwierzę, że nie jestem zauważana.
Zastanawia mnie, skąd bierze się ten wstyd. Może lubię oglądać filmy w ciszy, może nie lubię jeść przy innych?
Denerwuje mnie, że nie ma to nic do rzeczy - wstyd mi, że jestem samotna, ale gdy myślę o prawdziwym związku z drugą osobą, moja głowa krzyczy "tylko nie to!"
Mamy czasy, w których aż roi się od singli sukcesu. Niezależnych, dobrze sytuowanych rekinów biznesu. Nie mogę być jednym z nich?
Czy jest im w życiu lepiej? Nie umiem podać konkretnej odpowiedzi.
Ale wiem jednak, że bycie roztrzepaną pseudo - artystką, wrażliwą na wszystko wokół, jest znacznie częściej wadą niż zaletą.
Więc historia kończy się tylko w jeden sposób -
I tak płakałam sama na Avengersach.


niedziela, 20 maja 2018

Zasługujemy na więcej. Uwierzcie mi.

Dawno nie jeździłam autobusem. Ostatnio mało wychodzę, a do pracy mam inny transport. W pewnym momencie podchodzi do mnie facet i pyta - „Ile przystanków do Galerii?”
W tej samej chwili dołączył do niego kolega ze słowami -
„Po co babę pytasz, chuja ci powie.”
Wypraszam sobie. Zwyczajnie sobie wypraszam. Czy w czasach, kiedy na pierwszych stronach gazet i witryn internetowych non stop widzimy materiały o poniżaniu, wykorzystywaniu i braku szacunku do kobiet, Janusz i Seba nadal rzucają podobnymi tekstami, śmiejąc się buńczucznie? No oczywiście, że tak. Bo społeczeństwo nie lubi się uczyć, nie lubi nowego. Nasza zacna, polska mentalność.
Innym razem w pracy usłyszałam, że widząc kobietę w ciąży powinnam jej zazdrościć, bo to powinno być moje przeznaczenie.
Daleko mi do bycia agresywną feministką, ale bardzo nie lubię, gdy ktoś chce mnie rozstawiać po kątach czy ubliżać w prostacki sposób.
„Żona powinna szanować męża.” 
A mąż żonę?
Nie uważam się za ignorantkę, raczej za osobę samoświadomą. Myślę, że kobiety powinny częściej zadawać sobie pytanie, czego naprawdę chcą w życiu. Nie jesteśmy służącymi i klaczami rozpłodowymi. Zasługujemy na więcej. Uwierzcie mi.
(...)
Nie mam kontroli nad własnym czasem. Kładę się do łóżka w piątek a gdy się budzę - jest już poniedziałek.
Trzymam zegarek przed oczami a wskazówki prostu uciekają przed moim wzrokiem. Gdybym mogła łapać wszystkie uciekające minuty to zamknęłabym je w słoiku. Są płynne, przeciekają między palcami, prześlizgują się przez każdą szczelinę tak, bym nigdy już ich nie widziała.
Carpe diem, każdego dnia umieramy po trochu.